OK JEST SIĘ CZUĆ NIE OK

Masz prawo czuć się beznadziejnie. Masz prawo być smutny i zły. Ale zaufaj rodzicom i specjalistom i sięgnij po pomoc. Pierwszy krok jest tu najtrudniejszy, potem już jest łatwiej – wywiad z Amelią Gruszczyńską

 

Sławomir Zagórski: Opowiedz proszę o sobie.

Mam 15 lat, dwa lata temu przeszłam epizod depresyjny. Dziś mówię otwarcie o przebytej chorobie, aby uświadamiać innych i obalać krzywdzące stereotypy. Myślę, że to jest ten mały kawałek świata, który mogę zmienić na lepsze.

Jakie były przyczyny Twojej choroby?

Na moją depresję złożyło się wiele czynników, ale na pewno wpływ miały na nią rozwód rodziców i śmiertelna choroba mamy. To nie był nowotwór, lecz bardzo ciężka zakrzepica. Kiedy mama po raz kolejny trafiła do szpitala i nie było jej pół roku, opiekował się nami dziadek.

Rozstanie rodziców, choroba mamy – czy gdyby nie te wydarzenia, uchroniłabyś się przed depresją? Trudno powiedzieć. Ja jestem bardzo świadoma swojej choroby i wiem, że na depresję składają się czynniki biologiczne, społeczne i psychologiczne. Wiem też, że moja choroba mogła wynikać z tego, że mama kiedyś chorowała na depresję poporodową.

Z drugiej strony być może gdyby nie te wszystkie trudne wydarzenia, byłabym zdrowa. Problemów było dużo, a najgorsze, że nikt ze mną na te tematy nie rozmawiał. Kiedy mama po raz kolejny poszła do szpitala, przelało się.

Zdawałaś sobie sprawę jak poważnie mama jest chora?

Niestety, nie. Długo nie wiedziałam w ogóle na co choruje. Mówiono mi: „Nie martw się Amelka, mama się źle czuje, wyjdzie ze szpitala za dwa tygodnie”. I nikt mi nie powiedział, że tak naprawdę ona walczy o życie. Denerwowałam się na mamę, że nie wstaje z łóżka, że nie chce ze mną rozmawiać, tylko siedzi cały dzień w pokoju. A ona po powrocie ze szpitala była silnie niedotleniona, nie miała siły chodzić.

Czułaś się pokrzywdzona?

Nie myślałam o tym zanim nie zachorowałam na depresję. A jak zachorowałam, wydawało mi się, że jestem kimś, któremu jest najgorzej na świecie. Że jestem kosmitą zrzuconym na Ziemię, który nie potrafi się w ogóle odnaleźć w kontaktach międzyludzkich, który nie dostał instrukcji życia i nie wie co ze sobą zrobić.

Tak, czułam się w tej depresji bardzo, bardzo pokrzywdzona. Był taki czas, kiedy obie z mamą byłyśmy w szpitalu – mama na OIOM-ie, ja w szpitalu psychiatrycznym. I mama codziennie przez dwa miesiące dzwoniła, pytała, jak się czuję, a ja się codziennie na nią wściekałam.

Wyszłam ze szpitala w sierpniu, mama we wrześniu. A potem zaczęłyśmy powolutku do siebie docierać. I jak już się zbliżyłyśmy, stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami. To już nie była typowa relacja matka-córka, tylko ona stała się naprawdę moją przyjaciółką.

Mama zmarła w wieku 39 lat.

Cofnijmy się w czasie. Zaczynasz się źle czuć. Co się dzieje najpierw?

Moje objawy depresji ciągnęły się długo, tylko że z początku były subtelne, prawie niezauważalne.

Ale co się działo? Nie chciałaś iść do szkoły?

To były raczej problemy ze snem. Większa drażliwość, to że się szybciej denerwowałam. Miałam problemy z wyrażaniem emocji, np. bardzo długo płakałam albo krzyczałam, albo uciekałam z domu, bo sobie nie radziłam. Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć, że to po prostu okres dojrzewania.

Nie chcę się mądrzyć, nie jestem psychiatrą, ale ponoć depresję dzieci i młodzieży wcale nie tak łatwo się diagnozuje. Ona objawia się nieco inaczej niż u dorosłych, tymczasem stosuje się te same kryteria diagnostyczne co u dorosłych. Dziecko może np. być nadpobudliwe i jego choroba może bardziej przypominać ADHD niż depresję.

Co było później?

Po tym jak mama trafiła do szpitala, objawy zaczęły się nasilać i już zupełnie nie potrafiłam sobie dać rady. W szkole nie byłam w stanie się skupić. Wcześniej byłam wzorową uczennicą – średnia 5,40, wzorowe zachowanie, stypendium naukowe – i nagle to wszystko się zmieniło. Bardzo się pokłóciłam z koleżankami, zaczęłam potwornie wagarować, praktycznie przestałam chodzić do szkoły – po kilku miesiącach miałam 240 nieusprawiedliwionych godzin.

Zaczęłam się okaleczać. Mam bardzo dużo rozległych blizn.

Skąd taka agresja wobec siebie samej?

Nie potrafiłam w żaden inny sposób wyrazić emocji, które czułam. Płacz mi nie pomagał, krzyk mi nie pomagał, nic nie pomagało. Miałam wrażenie, że tego cierpienia jest tak dużo i że nie jestem w stanie opowiedzieć o nim innym. Więc próbuję go w ten sposób pokazać, zwizualizować.

To był krzyk o pomoc?

Do pewnego stopnia. Ale jednocześnie nie była to jakaś wielka chęć zwrócenia na siebie uwagi.

Ktoś to jednak z Twojego otoczenia zauważył. Mama, siostry?

Mama była w szpitalu, opiekował się nami dziadek. Dziadek to wiadomo, osoba, z którą czasem fajnie porozmawiać, ale on nie wiedział co się dzieje, a jeśli nawet pewne rzeczy dostrzegał, nie wiedział jak na to reagować. Potem zaczęłam się głodzić, zaczęłam się objadać i wymiotować, bo to też była jakaś forma ukarania siebie. Przestałam spać, przestałam wychodzić z pokoju, myć okna, bo stwierdziłam, że chcę, żeby były tak zasyfione, jak ja jestem zasyfiona. Zaczęłam przesiadywać w Internecie. Mamie nikt nic nie powiedział, bo nie chciano jej niepokoić. Dziadek czasem starał mi się coś powiedzieć, ale to nie pomagało, bo ja też go nie chciałam specjalnie słuchać.

Szkoła się nie interesowała?

Szkoła nie wiedziała. Ale w końcu pomoc wypłynęła stamtąd. Kiedyś na zajęciach z muzyki podwinęła mi się koszulka i nauczycielka zauważyła moje rany. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ona mnie trochę pokierowała i w końcu trafiłam na psychoterapię.

Nie denerwowało Cię to, że sama nie mogłaś zacząć się leczyć, tylko musieli o tym zdecydować dorośli?

Miałam 12 lat, a w tym wieku mało kto jest świadomy zaburzeń psychicznych i tego, gdzie szukać pomocy. Ale w myśl przepisów także osoby 15-16-17-letnie muszą mieć zgodę rodziców na rozpoczęcie leczenia. Tymczasem rodzice często traktują depresję u dzieci jako swoją własną porażkę wychowawczą.

Oczywiście żaden rodzic nie jest doskonały i czasami te problemy rzeczywiście wynikają z domu, ale depresja jest na tyle złożoną chorobą, że tu się nie da wskazać jednego winnego.
Dorośli często zapominają, że im szybciej się zacznie leczenie, tym lepiej. I że trzeba wysłać dziecko na psychoterapię, czasem trzeba nawet samemu pójść na tę psychoterapię. Kiedy dziecko choruje, rodzic też to bardzo przeżywa i bardzo cierpi.

Leczenie szybko poskutkowało?

Nie. Na początku nie przynosiło efektów, bo potrzebowałam czegoś więcej. Byłam już w tak złym stanie, że sama psychoterapia to było za mało. Psychoterapeuta skierował mnie więc do lekarza psychiatry. A ten natychmiast, na pierwszej wizycie, wydał skierowanie do szpitala psychiatrycznego. I tak na początku wakacji zostałam zawieziona przez tatę i moją nauczycielkę od polskiego do szpitala.

Szpital to była duża trauma?

Otóż pobyt w szpitalu wspominam bardzo dobrze. Nie byłam nigdy na oddziale dla dorosłych, które się nie cieszą dobrą sławą, ale mój oddział wyglądał jak świetlica. Była sala kulinarna, gdzie razem gotowaliśmy, sala cichej terapii, gdzie można było sobie coś porysować albo polepić, sala gimnastyczna. Wieczorami pani pielęgniarka robiła nam jogę relaksacyjną, żeby nie pakować w nas środków nasennych. Były naturalnie jakieś minusy np. kiepskie jedzenie, kiepskie warunki sanitarne, ale ogólnie pobyt w szpitalu bardzo mi pomógł. Miałam też ogromne szczęście, bo trafiłam na oddział w wakacje, kiedy było tam zaledwie osiem, maksymalnie dziesięć, osób. A to znaczyło, że mój lekarz psychiatra miał dla mnie mnóstwo czasu. Siedziałam u niego na okrągło. Ponadto cały czas miałam też do dyspozycji psychologa i raz w tygodniu przyjeżdżał mój psychoterapeuta. W trakcie roku szkolnego te oddziały są przepełnione, na zajęcia nie ma czasu, a my chodziliśmy nad rzekę, kąpaliśmy się, chodziliśmy do kina, na basen, do domu kultury. Miałam bardzo dużo szczęścia, że byłam tam podczas wakacji, że trafiłam na tak dobrego lekarza, że dostałam odpowiednie leki.

Czułaś, że leki działają? To się dzieje nie od razu.

To prawda. Ja do szpitala trafiłam w bardzo złym stanie, i tak naprawdę ten szpital, to była moja ostatnia deska ratunku. Miałam już zaplanowane samobójstwo i stwierdziłam, że jeżeli ten pobyt mi nie pomoże, to popełnię samobójstwo.

Powiedziałaś o tym lekarzowi?

Tak. I dlatego zostałam bezzwłocznie przyjęta na oddział. Poza tym ja się wtedy stale okaleczałam. Parę razy dziennie musiałam sobie zadać fizyczny ból, żeby jakoś przetrwać dzień. Wracając do leków, pamiętam, że w szpitalu obchodziłam 13. urodziny. To było mniej więcej w połowie mojego pobytu na oddziale i już wtedy się dobrze czułam, bo leki zaczęły działać. Mam naprawdę dobre wspomnienie z tych urodzin, cieszyłam się z nich.

Jedną z oznak depresji jest niemożność odczuwania radości.

U mnie w karcie było napisane, że miałam bardzo dużo lęku. Miałam ataki paniki, kołatania serca, zaczynałam się wtedy drapać, to było potworne. I kiedy trafiłam na oddział, odzyskałam poczucie bezpieczeństwa. Poznałam też ludzi, którzy chorują na to samo i przestałam się czuć jak ten kosmita zrzucony na Ziemię. Zostałam ponadto odizolowana od tego złego świata, który tak bardzo mnie skrzywdził. Tam jest mama, są ci wszyscy ludzie ze szkoły, którzy mnie tak bardzo nie lubią. A ja jestem tutaj, w szpitalu, i na ten oddział wejdzie tylko ten, którego chcę zobaczyć, bo to ja decyduję, kto mnie odwiedza. Mam tu swojego psychoterapeutę, psychiatrę, jest mi dobrze i bezpiecznie.

Bałaś się wyjścia ze szpitala na obcy świat?

Trochę tak. Ale jak wychodziliśmy ze szpitala, to miałam takie „wow!” – prawdziwy świat, nożyczki, można mieć ostre narzędzia… Kiedyś w szpitalu pojechaliśmy nad jezioro i patrzyłam na tych ludzi, że oni tak normalnie żyją, rozmawiają, że świat się nie zatrzymał, mimo że ja jestem w szpitalu.

W czasie pobytu na oddziale miałam wrażenie, że zaczynam docierać do siebie, do tych wszystkich emocji, które we mnie siedziały. Wcześniej byłam bardzo zamknięta, miałam kłopoty z wchodzeniem w relacje, a szpital mnie jakoś otworzył na ludzi.

Powrót do szkoły chyba nie był jednak taki łatwy?

Poszłam do nowej szkoły, do gimnazjum. Zmieniałam okolice, znajomych, to mi na pewno pomogło, bo gdybym musiała wejść z powrotem w to samo środowisko, byłoby mi trudniej. Jest pierwsza lekcja, wszyscy opowiadają, jak spędzili wakacje – i co ja mam powiedzieć? Zebrałam się na odwagę i oświadczyłam, że byłam całe dwa miesiące w szpitalu psychiatrycznym, ale ogólnie to było tam fajnie.

Klasa jakoś to zaakceptowała. Podobnie na W-Fie. Kiedyś z powodu blizn bałam się przebierać, ale teraz się normalnie przebrałam, powiedziałam dziewczynom jak jest i one to zaakceptowały. Dlatego z początku gimnazjum mam dobre wspomnienia. Mimo, że wiele osób w klasie nie rozumiało tej choroby, to oni to zaakceptowali i zostałam tam bardzo dobrze przyjęta. Teraz mam większy problem z tym, że niektóre osoby ze szkoły krzywo na mnie patrzą ze względu na moją depresję.

Masz szczególne jak na swój wiek doświadczenia. Jakiej rady udzieliłabyś rówieśnikom, którzy mogą mieć podobne problemy psychiczne?

Pierwszą moją radą jest to – a nikt mi tego nie powiedział, doszłam do tego sama dopiero po roku terapii, czego bardzo żałuję – że ok jest czuć się nie ok. Że ja mogę dać sobie prawo do tego, żeby było beznadziejnie. Ż̇e mogę być smutna, zła. Ale jednocześnie warto zaufać i specjalistom, i rodzicom i poprosić ich o pomoc. Ten pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy, bo potem jest już prościej.

Dokąd skierować ten pierwszy krok? Bywa, że do mamy lub taty pójść naprawdę trudno.

Zgoda. Czasem lepiej zwrócić się do szkolnego psychologa. To o tyle korzystne, że jeżeli rodzic nie wyraża zgody na psychoterapię, w 99 procentach przypadków taka zgoda będzie udzielona w szkole. I uczeń może wtedy chodzić do psychologa szkolnego. Czasem lepiej porozmawiać najpierw z wychowawcą, a potem z wychowawcą i z rodzicami. Albo z ciocią, a potem z ciocią i z rodzicami, albo z babcią, a następnie z babcią i z rodzicami. Ważne, żeby znaleźć jakąkolwiek życzliwą osobę, która nam pomoże. Ż̇eby komukolwiek powiedzieć. A jak się nie potrafi powiedzieć, to napisać list.

Ty tak robiłaś?

Tak. Jak nie potrafiłam powiedzieć, pisałam mamie listy i zostawiałam jej.

Proszę teraz o radę dla rodziców.

Chciałabym po pierwsze, żeby rodzice nie bali się reagować w takich sytuacjach. Ponadto, żeby nie obwiniali tak bardzo siebie samych za chorobę dziecka i dbali o własne zdrowie. Depresja to choroba, na którą składa się wiele czynników. Chciałabym, żeby rodzice nie bali się depresji, ani nie wstydzili, bo to nie jest nic wstydliwego. Ani terapia, ani branie leków antydepresyjnych, ani hospitalizacja. To tak jakby dziecko chorowało na cukrzycę. Być może do cukrzycy przyczynił się fakt, iż dziecko jadło za dużo słodyczy, a rodzice na to pozwalali, ale generalnie to choroba dość skomplikowana i nie bierze się tylko z tego, że je się za dużo słodyczy. Więc prośba, żeby traktować depresję normalnie.

Na czym powinno polegać mądre wsparcie?

Przede wszystkim na nieocenianiu i nieradzeniu, a także skupieniu się na drugiej osobie. Bo mamy tendencje albo do dawania rady „Zrób to i to”, albo mówieniu o sobie „A ja miałem tak i tak”, albo po prostu negowaniu tego, co mówi ta druga osoba i mówieniu: „Weź się w garść, wszystko będzie dobrze, napij się herbaty, pobiegaj sobie”. Mój ulubiony tekst to: „Dzieci w Afryce mają gorzej i dramatyzujesz”. Bo to wyłącznie pogarsza stan osoby w depresji. Dla mnie takie empatyczne podejście to zapytanie: „Jak się czujesz?”, „Co mogę dla ciebie zrobić?” „Może chcesz, żeby cię przytulić? A może porozmawiać o czymś innym? A może pójść do kina, żeby się oderwać?”

Boisz się nawrotu choroby?

Mam świadomość, że jestem narażona na jej nawrót i z tego powodu staram się dbać o swoje zdrowie psychiczne. Dużo uwagi poświęcam temu, żeby się czuć dobrze.

Wsłuchujesz się w siebie?

Tak, przede wszystkim w swoje myśli, emocje. Dbam, żeby się nie przepracowywać, żeby mówić innym jak się czuję, czego potrzebuję. Staram się nie brać za dużo na siebie, wysypiać się, zdrowo jeść. Jestem też wyczulona na nawet najmniejsze objawy spadku nastroju. Czyli jak widzę, że coś jest nie ok, staram się sobie pomóc najlepiej jak potrafię. Tego nauczyła mnie terapia.

Nie biorę już leków antydepresyjnych i kończę swoją psychoterapię. Już się tego nie wstydzę. Mój epizod depresyjny minął już(wyrzuciłbym)̇ jakiś czas temu, ale malutkie cząsteczki choroby wciąż we mnie tkwią. I muszę być bardzo uważna, żeby nie wróciły.

Co czujesz jak patrzysz teraz na swoje blizny?

Nie traktuje ich jak wielkich blizn po wygranej bitwie. Wyolbrzymianie cierpienia nie jest fajne i nie lubię tego. Te blizny to prostu część mnie. Miałam do siebie dużo żalu za nie, ale zaakceptowałam to, jaka jestem.

Samookaleczenia nie wróciły?

Poradziłam sobie z autoagresją. Ale to nie było tak, że po wyjściu ze szpitala wszystko minęło jak ręką odjął. Psychoterapia na szczęście dała mi narzędzia. Bo – jak mówi- łam – ogólnie jest ok, ale myśli z choroby czasami wracają. Depresja pozostawia w nas pewne ślady. Ale mam wielką nadzieję, że im dłużej będę zdrowa, tym będę się czuć bezpieczniej i lepiej.

Czasem myślę, że depresja przyniosła mi też coś dobrego. No może nie sama depresja, ale psychoterapia. Dzięki niej jestem bardziej świadoma siebie, swoich wyborów, wiem kim jestem, jaka jestem. Nigdy w życiu nie nauczyłabym się tylu rzeczy, gdyby nie psychoterapia.